Nasz serwis internetowy może wykorzystywać ciasteczka, które służą identyfikacji Twojej przeglądarki podczas korzystania z naszej strony, abyśmy wiedzieli jaką stronę Ci wyświetlić.
Ciasteczka nie zawierają żadnych danych osobowych. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.

Weekend w Mieście Miłości

Trzydziestka. Wielki krok w życiu człowieka, a w szczególności kobiety. Drugie najważniejsze urodziny po osiemnastce. Wydarzenie istotne i znaczące. A także takie, które koniecznie trzeba uczcić.

Tylko jak?

Każdy ma swój pomysł na Idealne Urodziny. Niektórzy wolą imprezkę, inni kolację z rodziną, kolejni domówkę w gronie wódki i najbliższych znajomych. Do wyboru, do koloru. Ja też miałam swój „kolor”. Moje Idealne Urodziny to krótki wypad w jakieś fajne, ciekawe miejsce, gdzie sporo się dzieje. Tam mogłabym się nażyć tak, że starczyłoby mi na jakieś 3-4 miesiące tak zwanej „normalności”, czyli nudnej rutyny typu praca-dom-praca.

Już wcześniej świętowałam w podobny sposób. Na 24 urodzinki poleciałam z koleżanką na 5 dni do Marrakeszu. Z kolei rok później zawitałam w Berlinie, świętując ćwierćwiecze w towarzystwie Couchsurfera, u którego gościłam i nocujących u niego podróżników – Japończyka i Amerykanina. Dwudzieste pierwsze miałam zaszczyt spędzić w RPA (kiedy już pogodziłam się z myślą, że nigdy nie zaznam ciepełka w dniu mojego święta). Dwudzieste ósme przypadkowo wypadły akurat w Ameryce Południowej, więc ucztowałam w Boliwii, nad najwyżej położonym jeziorem świata – Titikaka.

Okej, poprzednie urodzinowe podróże były trochę „dzikie”, jak na dwudziestoparolatkę przystało, ale teraz to było co innego. To była trzydziecha. Poważna sprawa. Już nie trzepnięta, narwana pannica, ale dorosła kobieta z pierwszą stałą pracą, nosząca szpilki w robocie, gotująca od podstaw i martwiąca się o złamany paznokieć. Teraz byłam już Dużą Dziewczynką. A duże dziewczynki chcą trochę wygód od życia. Chcą czystego hotelu, restauracji od czasu do czasu, noszenia makijażu podczas zwiedzania… Chcą wyjechać i móc cieszyć się pełnym portfelem, żeby kupić sobie na przykład espresso, czy karafkę wina, czy dobrą kolację w ładnym miejscu. Duże Dziewczynki pragną odrobiny luksusu.

A przynajmniej powinny tego pragnąć. Czasami. A już na pewno w dniu swoich trzydziestych urodzin.

Ja bynajmniej zapragnęłam Paryża. Ostatnia moja podróż miała miejsce w Ameryce Południowej i trochę się napatrzyłam na tamtejszy syf i bród (taaak, piękny kontynent, ale jego mieszkańcy nie należą do najczystszych). Teraz miałam ochotę na przeciwieństwo – na coś ładnego, schludnego i miłego dla oka. Poza tym Paryż był o rzut beretem, gdyż mieszkam w Cambridge i wystarczy pociąg do Londynu, przesiadka w Eurostara i po 2 godzinach jazdy jestem na miejscu.

Więc postanowione. Bonjour, Paris.

paryż kawaDobra, bilety dla mnie i mojego chłopaka kupione, hotel w centrum zabukowany. Teraz przychodzi inne zmartwienie  – jak zwiedzić wszystko w 3 dni? Odpowiedź jest prosta – nie da się. Trzeba po prostu obrać główne cele i tak to sobie wycyrklować, żeby je zobaczyć. Resztą można się zająć później. My skupiliśmy się na samym centrum, gdzie znajduje się Wieża Eiffela, Łuk Triumfalny, Notre-Damme i Luwr. Ale przez to nie daliśmy rady zobaczyć na przykład słynnego Cmentarza Père-Lachaise, gdzie pochowani są m.in Oscar Wilde, Fryderyk Chopin, czy Jim Morrison. Nie wspięliśmy się też, by odwiedzić Bazylikę Sacré-Cœur, która znajduje się na szczycie wzgórza Montmarte.

Nic nie szkodzi – dla mnie to świetna wymówka, żeby pojechać tam ponownie.

Bo Paryż naprawdę jest świetny. Był dokładnie taki, jak się tego spodziewałam. Niesamowita architektura, piękne zabytki, duży tłok, wysokie ceny, brudne ulice, kafejki z hipsterskimi Paryżanami, pijącymi winko z maleńkich kieliszków, wszechobecny zapach papierosów. Były bagietki, były sery, były siuśki psów na chodnikach, była Wieża Eiffela, byli artyści, były rzędy win w marketach…

Za to zdziwiło nas to, czego nie było. Otóż – po pierwsze – nie doświadczyliśmy słynnej francuskiej arogancji i, że tak to ładnie określę, „olewatorstwa” w stosunku do nas, czyli niemówiących po francusku cudzoziemców. Przeciwnie, ludzie byli w miarę pobłażliwi i wyrozumiali, kiedy próbowałam kaleczyć ich język. Jedna restauratorka tak skwitowała moje poczynania: „Wiesz co, lepiej będzie zarówno dla Ciebie, jak i dla mnie, jeśli przejdziemy na angielski. Chyba się zgodzisz, co? Dam ci kredyt, starałaś się, ale lepiej to zrozumiem, jeśli powtórzysz po angielsku”. Cóż, spróbować zawsze warto. Poza tym Paryżanie naprawdę doceniają starania i bywają pomocni, jeśli potrzebujesz pomocy.

paryżankaA po drugie – tyle się nasłuchaliśmy o modnych, cudnej urody kobietach, że mieliśmy dość wysokie oczekiwania względem ludzkiego piękna. To znaczy nie było brzydko, to na pewno, ale brakowało tego faktora „wow”. Jak to Grzegorz ujął – „na ulicach Wrocławia znajdziesz ładniejsze dziewczyny”. Szału nie było. Zastanawialiśmy się nad tym fenomenem, a raczej jego brakiem, i doszliśmy do wniosku, że Paryżanki:

a)pochowały się w ciepłych domach lub kawiarniach, zamiast – jak były powinny – przechadzać się z gracją po najbardziej turystycznych dzielnicach, żebyśmy mogli napawać się ich pięknem, obgadać ich stylizacje i podumać nad tym, że fakt, Paryżanki rzeczywiście są w dechę, a przy tym tak wytworne i wspaniałe, jak to cały świat lubi sobie wyobrażać.

b)wyginęły. To teza Grzegorza. Stwierdził, że te „nowe”, to już nie to samo co te „z czasów największej świetności tego miasta”. „Nowe” to już „Europejki, nie Paryżanki”. Czyli, że zatracił się gdzieś ten szyk, wdzięk i nonszalancka elegancja. Podobne dziewczyny widziało się na ulicach wielu europejskich miast. Unia Europejska być może jednoczy narody, ale też pozbawia ich indywidualności.

c)po prostu zwyczajnie nie kręciły się w okolicach centrum, bo – szczerze mówiąc – gdybym ja była Paryżanką, to też trzymałabym się z daleka od tego tłumu, klikających aparatów i westchnień pełnych uwielbienia. Za dużo turystów, za wysokie ceny, za wiele przepychania. Lepiej się trzymać na uboczu, gdzie jest spokojniej i bardziej przytulnie.

paryż nocąNieważne. Zagadka pozostała nierozwiązana. Ale miasto nadal trzeba było zwiedzić. Podzieliliśmy sobie zwiedzanie na trzy części, czyli po jednej na dzień. Jako że nasz hotel znajdował się blisko Luwru, zdecydowaliśmy, że od niego rozpoczniemy.

Zaraz po przyjeździe ruszyliśmy na zwiedzanie. Mieliśmy farta – kolejka była malutka, może dlatego, że zjawiliśmy się tam wieczorem. Postaliśmy jakieś 13 minut. Zakup biletów. 12 euro od osoby. Zwiedzania w cholerę. Wszystko trzeba zobaczyć, ale najważniejsze są Mona Lisa i Wenus z Milo. Odnajdujemy je. Wenus jest świetna. Rzeczywiście imponuje. Do Mona Lisy czekają tłumy wielbicieli. Przeciskamy się. Wisi sama – niewielki obrazek na ogromnej ścianie. Zaraz naprzeciwko wisi ogromny obraz, na całą ścianę. Przy nim stoi może z dziesięć osób. To potęguje wrażenie.

Co zaimponowało? Apartamenty Napoleona. Coś niesamowitego!

Po Luwrze poszliśmy na spacer przez Champs-Élysées. Akurat mieli świąteczny market. Szliśmy, popijając sobie w najlepsze pysznego grzańca i podziwiając sterty ogromnych serów, kolorowych lizaków i świątecznych dekoracji. Kolejny punkt zwiedzania –  Łuk Triumfalny. Świetnie wygląda wieczorem. Cyk-cyk, fotki i wracamy na piechotę. Hotel w centrum może jest trochę droższy, ale ma swoje plusy – wszędzie można dojść spacerem. Podczas tych trzech dni tylko raz jechaliśmy metrem – na Wieżę Eiffela, bo była najdalej położonym od nas punktem. Wycieczka ta miała miejsce w niedzielę, w dzień moich urodzin.

paryż mostW sobotę natomiast poszliśmy zwiedzić „wszystko inne”, czyli Katedrę Notre-Damme, Most Zakochanych, który strasznie mi się spodobał i gdzie nie omieszkałam zawiesić kłódki z naszym napisem. Przeszliśmy się na Plac De Ville i po okolicach, po czym obraliśmy kierunek północ. Jakaś kawka w kafejce z widokiem na ulicę, karafka wina dla wzmocnienia, rybka w restauracyjce… A wieczorkiem kąpiel w wannie ze szklanką czerwonego winka w ręce. Francuskie wino to moja słabość, a ceny w marketach rzeczywiście są śmiesznie niskie. Za 5 euro kupi się naprawdę dobre Bordeaux 2008. Nawet wśród tych za 3 euro można znaleźć perełki. Przy takim wyborze wina aż się dziwię, że nie wszyscy w Paryżu chodzą podchmieleni od rana do świtu.

O samej Wieży Eiffela rozpisywało się tyle osób, że szkoda czasu, by robić to ponownie. Tak, jest ogromna. Tak, robi wrażenie. Nie można się nie zakochać w tym wielkim, metalowym kolosie, kiedy się na niego patrzy z bliska. A jeśli nie w samym kolosie, to raczej w aurze, która się wokół niego unosi. Samo miejsce urzeka. Ludzie się śmieją, każdy pozuje do zdjęć. Szczęśliwe miejsce. Emanuje pozytywną energią. Nam też się udziela, cykamy sobie fotki w stylu „opieram się o Wieżę Eiffela” i z chichotem wbiegamy schodkami na górę. Bardzo fajnie jest się znaleźć na samym szczycie jednego z najważniejszych obiektów Europy.

Później jeszcze spacerek po okolicy, czyli Hotel Les Invalides, dwa Pałace – Duży i Mały (Grand Palais i Petit Palais), Obelisk, Palais de l’Elysee, Pola Elizejskie (po kolejną dawkę grzańca) i zakupy dla wszystkich w sklepach pamiątkowych. Brzmi jak pięciominutowy spacerek, ale tak naprawdę łaziliśmy od 11 rano do 8-9 wieczorem, a pod koniec wiadomo z czego wychodziły nam nogi…

Jak było? Cudownie. Czy warto? Jak najbardziej. W Paryżu znajdują się jedne z najważniejszych symboli historycznych i kulturowych. Pomimo, że dość drogo i tłoczno, trzeba je przynajmniej raz w życiu zobaczyć. Okazją do tego mogą być na przykład trzydzieste urodziny.

paryż miłość

Napisał:

avatar

Rozgorączkowana entuzjastka podróży i pisania. Nie traktuje życia zbyt poważnie, lubi gdy jest ciekawie. Kocha francuskie wino i włoskie espresso. Największym sentymentem darzy Maroko, najbardziej marzy o zwiedzeniu Papui Nowej Gwinei. Ulubiony sposób podróżowania - na rowerze. Jak dorośnie chciałaby mieć własną kawiarenkę ze zdrową żywnością.

Brak komantarzy.

Zostaw odpowiedź

Komentarz